Wulfgar jest zespołem, który na pierwszy „rzut ucha” kojarzony jest ze szwedzkimi mistrzami melodic death metalu, sztokholmskim Amon Amarth. Poniekąd faktycznie, zarówno muzyka Wulfgar jak i Amon Amarth to melodyjny, osadzony w nordyckim klimacie death metal, jednak po głębszym zapoznaniu się z twórczością obydwu grup, Wulfgar w porównaniu z Amonami wypada najwyżej jak trabant przy mercedesie klasy S. Jednak nie ma co ukrywać, znajdą się na tym świecie również fani trabantów, dla których radość z jazdy ich ulubionym samochodem to coś więcej, niż tylko zwykła przejażdżka. Tak samo jest z tym zespołem.
Dokładnie rok temu odkryłem ich pierwszą płytę. „With Gods And Legends Unite” była dla mnie świeżą, niesamowitą odskocznią od muzyki serwowanej przez tolkienowską Górę Przeznaczenia, która miała swój niepowtarzalny klimat i wpadała w ucho praktycznie od pierwszych przesłuchań. Gdy już na dobre oswoiłem się ze stylem muzycznym Wulfgar, z niecierpliwością oczekiwałem ich nowego krążka. W końcu się doczekałem… Jednak to nie to, na co liczyłem. Nowa płyta jest nudna, jednolita i prawdę powiedziawszy zniechęca do siebie po pierwszym odsłuchu. „Midgardian Metal” kojarzy mi się z „Modern Rocking” Agnieszki Chylińskiej. Nie tylko przez tytuł, a także przez to, że podobnie jak „Modern Rocking” jest on drugim albumem w dorobku artysty i tak samo nieudaną próbą zmiany stylu. No, może lekko przesadzam, bo Wulfgar zachował przynajmniej namiastkę stylu z poprzedniej produkcji, czego niestety nie można powiedzieć o naszej rodzimej gwieździe rocka. Byłej gwieździe rocka, która teraz jest tańczącą na lodzie z gwiazdami gwiazdką pop
Zaczynamy od tak zwanego „Intro”, które wprowadzić ma nas w klimat płyty. Od pierwszej chwili przed oczami mam obraz średniowiecznej osady wikingów, pełnego morza i statków, które płyną ku nieznanym lądom. Początek całkiem udany, jednak już za kilka sekund zostaniemy dotknięci pierwszą falą uderzenia death metalowej perkusji. „Die for my Clan” zaczyna się „takim sobie” riffem, który sprawia wrażenie napisanego na siłę, kiedy już brakowało czasu na komponowanie ciekawych i chwytliwych momentów. Wokal jest zdecydowanie za słabo wyeksponowany. Ogólnie piosenka jest dość nudna i jednostajna. Kolejny numer to „Circle of Runes”, stworzony w charakterystycznym tempie, idealnym do machania gęstą i czarną jak noc czupryną. Nie jest to złe, choć tak samo jak poprzednik – nudne. „Fight, Win, Kill & Conquer” to pierwszy naprawdę szybki kawałek na płycie. I kolejny o nudnym motywie przewodnim. Czy na serio chłopakom zabrakło już pomysłów na dobre riffy? Nie mogę jakoś w to uwierzyć, biorąc pod uwagę odstęp czasu, jaki mieli pomiędzy wydaniem „With Gods…” a „Midgardian Metal”. Tytułowy utwór jest dla mnie najlepszym na płycie. Ciekawy riff i niestandardowa perkusja od razu rzuca się w oczy. Po chwili słuchania głowa sama rwie się do rytmicznego podrygu. A chyba o to chodzi w takiej muzyce. Chwyta za serce! „Nifelheim” ma odrobinę „black metalowy” początek, jednak nawet mnie – człowieka nieznoszącego tego gatunku, spodobał się on jak mało co na tej płycie. Niestety nieco dalej odstrasza dziwny refren. A po nim znów nudny riff. Panowie, wieje nudą jak na Wichrowym Czubie. To już nawet Frodo z Samem mają ciekawsze rozmowy o pielęgnowaniu ogródków w Shire. „Norsemen of Steel” zaczyna się growlem i fajnym motywem na perkusji. Później niestety wchodzi wokal, który dla mnie jest straszny. Ani ładny, ani melodyjny. A zapewne w założeniu miał być właśnie i ładny, i melodyjny. Według mnie nie wyszło. „The Death of Yggdrasil” jest dość szybkim i całkiem chwytliwym utworem. Może jest on nieco za długi, ale da się go wysłuchać z przyjemnością. Przedostatnia pozycja na płycie to „The Three Norns”. W końcu coś naprawdę ciekawego! Przypomina mi to nieco dokonania wcześniej wspomnianego Amon Amarth, ale jest to pozytywne wzornictwo. Dobre wzorce to napewno nic złego. Byłem tego samego zdania przy tworzeniu singla z własnym zespołem
. „Valkyria” zamyka kompilację. Zaraz po „The Death of Yggdrasil” to najdłuższy numer na płycie. I podobnie jak pierwsze piosenki, jest to nudny zlepek riffów opatrzony standardowym growlem. Nudna, naprawdę nudna jest to płyta. Szkoda, że zaczyna się i kończy nudnymi utworami. Jestem bardzo rozczarowany.
„Midgardian Metal” ma kiepskie brzmienie. Produkcja nie jest tym, czego można by się spodziewać po ich pierwszym albumie. Według mnie muzycy Wulfgar zrobili krok do tyłu w ich postępie. Teksty co prawdą mają całkiem dobre, jednak oprawa muzyczna jest najzwyczajniej w świecie zbyt nudna, aby można się rozkoszować tym „dziełem”. Być może niektórych ten krążek oczaruje, ale dam sobie rękę uciąć, że znajdą się i tacy, i będzie to większość, którzy zgodzą się z moją skromną recenzją albumu „Midgardian Metal”. Wulfgar! Czekamy na trzeci, tym razem o niebo lepszym album!
