Bloodbath jest zespołem, który poznałem właśnie dzięki tej płycie. Nie będzie może zbyt obiektywnym fakt, że przez to właśnie ta płyta wydaje mi się najlepsza w całym dorobku zespołu. Po pierwsze, dzięki powrocie na pozycję frontmana Mikaela Akerfeldta, po drugie dzięki unikalnemu brzmieniu kompilacji, po trzecie, dzięki utworowi Mock The Cross, który dla mnie jest death metalowym hymnem. Jedenaście utworów tworzy ten oto krążek – trzeci w dyskografii Bloodbath, nie wliczając EPki oraz jednej koncertówki. Miłośnicy starej szkoły, przygotujcie się na dawkę idealnie brzmiących instrumentów, brak charakterystycznej dla szwedzkiego death metalu „niechlujności” oraz na doskonałą produkcję.
Krążek rozpoczyna brutalny „At the behest of their death”, który potęgą podwójnej stopy może zrównać z ziemią pokój i wszystko co się w nim znajduje, w którym odsłuchiwany jest „The Fathomless Mastery”. Szybki i agresywny „Process of disllumination” to drugi utwór na płycie. Plasuje się u mnie na pierwszym miejscu pod względem skomplikowania i rozwinięcia. Riffy są tutaj cudowne, idealnie współgrają z rytmem perkusyjnym. Zarówno partie wokalne dają w tym kawałku niezłego kopa. „Slaughtering the will to live” to dosłowna rzeźnia, po której odechciewa się żyć! Potrafi słabemu osobnikowi ostro namieszać w głowie! Może już coś ze mną jest nie tak, ale nie widzę tutaj niczego, co mogłoby przyćmić doskonałość tej kompozycji. „Mock The Cross” to cudowne, wspaniałe i niesamowite arcydzieło. Wolniejszy numer, ale zdecydowanie najlepszy na płycie! Wpada w ucho niczym mucha w oko podczas jazdy motorynką. Niestety, dla mnie to na razie koniec „idealnego” death metalu, jaki serwuje nam Bloodbath na swojej najnowszej kompilacji. „Treasonous” ma co prawda dobre riffy i niestandardową budowę, wpada w ucho i niejednego na pewno zachwyci, jednak dla mnie jest odrobinę nudnawy. Proszę o odpuszczenie sobie linczu, jeśli uraziłem kogokolwiek. Zarówno „Treasonous” jak i kolejny numer „Iesous” to naprawdę dobre utwory, jednak dla mnie są nieco mniej wartościowe niż np. wspomniany już „Mock The Cross”. Nadchodzi czas na herezję. „Drink from the cup of heresy” to szybki i porywający materiał. Mechanicznie brzmiące gitary i perfekcyjna sekcja rytmiczna nadają mu nieokreślony klimat, jednak z pewnością klimat ciekawy. „Devouring the feeble” posiada jeden z ciekawszych riffów na płycie. Typowy death metalowy numer, z odpowiednią dawką zarówno blastów jak i standardowych brzmień. Nadszedł czas na kolejny po „Mock The Cross” hymn metalowy. „Earthrot” zaczyna się tak cudownie, że aż brak mi słów. To po prostu trzeba usłyszeć na własne uszy. Nie tylko jednak początek jest cudowny, polecam cały utwór… a nawet i całą płytę
. Zbliżamy się do końca płyty, a przedostatnim numerem na „The Fathomless Mastery” jest „Hades Rising”, do którego nakręcony został nawet teledysk. W sumie to standardowo zbudowany utwór, poprawny, typowy singiel. „Wretched human mirror” zamyka kompilację, będąc jednym z gorszych numerów na płycie. Co prawda jego zakończenie to istny majstersztyk. Epickość bije od niego na kilometr. Ogółem, może być
.
„The Fathomless Mastery” to dzieło na pewno godne polecenia, godne przesłuchania i z pewnością godne posiadania. Produkcja stoi na najwyższym, światowym poziomie, choć jak na moje skromne ucho, werbel powinien być lepiej wyeksponowany. Płyta jest nowym spojrzeniem na „stary” death metal. Polecam ją każdemu, pod warunkiem tolerancji gatunkowej
